wtorek, 16 września 2014

Grillowane miodowe figi z gorgonzolą.

Po małej przerwie wracam z czym niewielkim ale na prawdę bardzo pysznym i eleganckim.
Przystawka ta przygotowana była na niebyle jaką okoliczność i serwowana z dobrym, czerwonym winem. Figi świetnie smakują z gorgonzolą, dlatego ja zawsze mam ochotę na kolejne kęsy i kolejne i kolejne...


Zapraszam!


Składniki:

- figi
- opakowanie sera gorgonzola (150 g)
- 3-4 łyżki miodu (ja lubię ten o mocnym i wyraźnym smaku np. gryczany)
- 2 łyżki octu balsamicznego
- olej z orzechów laskowych


Ścinam czubek każdej figi, a następnie nacinam każdą na krzyż, pamiętając by ich nie przeciąć. Delikatnie rozchylam każdy owoc i polewam miodem. Tak przygotowane grilluję lub smażę na beztłuszczowej patelni kilka minut. W międzyczasie dzielę gorgonzolę na mniejsze kawałeczki.
Na drugiej patelni lub małym rondelku redukuję ocet balsamiczny z dwiema łyżkami miodu. Trwa to kilka minut, trzeba pilnować, żeby nic się nie przypaliło. Na początku zredukowany sos nie jest gęsty, ale kiedy ostygnie zamienia swoją konsystencję.

Ugrillowane figi układam na półmisku, który polałam zredukowanym balsamico. Do środka każdej nakładam gorgonzolę i skrapiam całość odrobiną oleju z orzechów laskowych.

Teraz zostaje już tylko nalać sobie dobrego, czerwonego wina do kieliszka i rozsmakować się w tych pysznościach :)




 
 
Smacznego!

wtorek, 9 września 2014

Moje suszone pomidory w oleju, chipsy pomidorowe i mielone pomidory.

Kiedyś już był podobny wpis, ale co tam - uwielbiam pomidory i mogę o nich pisać i je smakować ciągle.
Zapraszam na pomidorowe szaleństwo Czarodziejki raz jeszcze!

Dziś o suszeniu pomidorów i późniejszym ich wykorzystaniu.
Suszenie to dość czasochłonne zadanie, nie jest ciężkie i skomplikowane, wymaga jedynie czasu.

Czego potrzebuję?

- pomidorki (ilość dowolna, ale ostrzegam, w czasie wysychania skurczą się mocno)
- odrobina soli, cukru i ulubionych ziół, suszony czosnek

Dużo osób do suszenia wybiera odmianę Lima, jest ona mięsista, a co za tym idzie wdzięczna do takiej obróbki. Ja mam nieograniczony dostęp do swojskich, ekologicznych pomidorów, konkretnie tzw. malinówek, więc wykorzystuję właśnie tą odmianę i u mnie sprawdza się w 100%.
Ale do rzeczy. Zrywam z krzaka nieduże pomidorki, patrzę, żeby były mniej więcej jednakowej wielkości. Po umyciu pomidorów, kroję ja na połówki i małą łyżeczką wydrążam miąższ. Wydrążone połówki układam na blasze przykrytej papierem do pieczenia. Lekko solę, posypuję szczyptą cukru i dodaję ulubione zioła i czosnek. Tej soli na prawdę tylko troszkę.

Próbowałam kiedyś suszyć pomidorki na słońcu. Powiem tak - jest to wykonalne, ale w naszych warunkach atmosferycznych ciężkie do zrobienia. Z ziołami jest dużo łatwiej :)
Teraz suszę tylko w piekarniku. Wtedy nagrzewam go do max. 100 stopni, termoobieg i suszę pomidorki przez kilka godzin. Mają być pomarszczone ale nie wyschnięte na wiór. Trzeba je pilnować i w razie potrzeby wyjmować już te, które są odpowiednio ususzone. Te, które są jak na zdjęciu głównym - ususzone do tego stopnia - wylądują w słoiczkach.


Część pomidorków suszę trochę mocniej. Te zmielę w blenderze i będę przechowywała w papierowej torebce. Służyć mi będą jako przyprawa np. sosu do pizzy, do sałatek, na kanapki, do jajecznicy. Część tak mocniej ususzonych pomidorków, tych które nie zmielę, będzie mi służyła jako pomidorowe chipsy doprawione ziołami. To jest wspaniały pomysł na lekką przekąskę.

Wracamy do pomidorków w oleju. Do nich będę jeszcze potrzebowała dobry olej, może być oliwa z oliwek - tak nawet lepiej, ale wiem, że nie każdy lubi jej charakterystyczny smak. Ja używam oleju słonecznikowego. Dodatkowo ząbki czosnku, ocet winny i znów ulubione zioła. Mogą być suszone albo świeże.

Pomidorki, które mam przeznaczone do oleju wkładam do sporej miski. Dodaję łyżeczkę octu winnego i posypuję ziołami, jeśli dodaję suszone. Świeże zioła i pokrojony na większe kawałki czosnek wkładam bezpośrednio do słoików, między pomidorki. Tak przygotowane pomidory, umieszczone w słoiczkach, zalewam dość ciepłym olejem.
Uwaga - olej nie może być za gorący, bo zawartość słoiczka nam się usmaży... a nie o to przecież nam chodzi. Słoiczki szybko zakręcam, odwracam do góry dnem i zostawiam, aż olej ostygnie.
Przechowuję je w piwnicy, w zaciemnionym miejscu. Spokojnie leżakują mi do następnego sezonu.

Jak pisałam wyżej, takie przetwarzanie pomidorków zabiera czas ale efekt końcowy wynagradza wszystko. Aromat, który rozchodzi się po domu w czasie suszenia ciężko mi opisać. Ich zapach wnika w każdy zakamarek domu i sprawia, że jestem radośniejsza i w ogóle wszystkiego mi się chce :)

Polecam poznać ten stan!



 
 

 
 

 
 

 
 
Życzę udanego wieczoru :)


piątek, 5 września 2014

Zupa brokułowo-serowa z chili, tyminakiem i grzankami czosnkowymi.

Jest kremowa, ale nie jest zbyt gęsta. Robi się ją na prawdę szybko i prosto, a dodatek serów i płatków papryki sprawia, że brokuł nabiera nowego i ciekawego smaku.


Zapraszam!


Składniki:

- 1 litr bulionu drobiowego
- 1 duży brokuł
- 70 g gorgonzoli
- 2 łyżeczki tartego parmezanu, lub innego twardego wyrazistego w smaku sera
- ząbki czosnku
- świeży tymianek
- sól, pieprz, gałka muszkatołowa
- kilka kromek pszennego pieczywa na grzanki


Aromatyczny bulion zawsze robię szybciej. Tym razem wybieram drobiowy. Do bulionu wrzucam oczyszczonego i podzielonego na części brokuła. Nie używam tylko samych różyczek, dodaję też cześć łodyżek, gdyż one także są jadalne. Wszystko gotuję na średnim ogniu, aż brokuł zmięknie. Blenduję zupkę dokładnie i dodaję sery. Na malutkim ogniu mieszam i czekam, aż sery się roztopią i połączą. Dopiero wtedy dodaję drobno roztarty ząbek czosnku, odrobię gałki muszkatołowej i listki świeżego tymianku. Na końcu solę i pieprzę do smaku.

Kromki pieczywa opiekam na rumiano na patelni i rozcieram na każdej z nich czosnek.

Zupkę podaję posypaną płatkami suszonego chili i gałązkami świeżego tymianku.

Smacznego życzę :)



 
 
Milutkiego dnia życzę :)

środa, 3 września 2014

Zakwas na chleb według Czarodziejki.

Już jakiś czas myślę nad takim wpisem, bo chciałam podzielić się SWOIMI wiadomościami i spostrzeżeniami na temat przygotowywania zakwasu.
Według mnie nie jest tak straszne i trudne zajęcie, jak mogłoby się co niektórym wydawać. Właściwie wystarczy przestrzegać kilku prostych zasad, by można było się cieszyć swoim własnym zakwasem, a potem, dzięki niemu, własnoręczni zrobionym i upieczonym, wspaniałym domowych chlebem, lub też innymi wypiekami. Bo przecież zakwas służy nie tylko do wypieku chleba.

Gdyby mnie ktoś zapytał czego potrzeba, by zakwas się udał to bez namysłu wskazałabym zasadę "Cztery razy C plus S", czyli:

- cierpliwość
- ciepło
- cierpliwość
- ciepło
- spokój

Brzmi może trochę niewiarygodnie, ale sprawdza się w 100%. Jeśli dysponujemy mąką i wodą, to powyższa zasada i zastosowanie się do niej zakończy się sukcesem :)
Nasze dzikie drożdże, bo tym jest zakwas, potrzebują czasu i ciepłej aury wokół siebie, aby mogły zacząć żyć. Potrzebują też spokoju, nie ma sensu ruszać ich, wciąż mieszać i zaglądać do nich co rusz.
Latem jest prościej wyhodować zakwas, kiedy na dworze panuje upał to mój świeżo nastawiony potrafi zacząć pracować już w pierwszej dobie.
Kiedy temperatura w domu zaczyna być niższa, można sobie pomóc przy pomocy grzejnika, kominka albo piekarnika. Można zakwas ustawić gdzieś w pobliżu źródła ciepła, otulić ściereczką, albo wstawić do piekarnika, w którym włączymy lampkę.

Robienie zakwasu:

Jest wiele receptur, w internecie można naleźć dużo wskazówek, zdjęć i porad co z czym, w jakiej ilości i jak często. Ja powiem tak - moje początki były takie, że im mocniej się starałam, tym słabiej mi wychodziło :) Ale nie zrażałam się. Pewnego dnia po porostu wzięłam w dłoń słoik, wrzuciłam 4 łyżki stołowe mąki razowej typ 2000 i dodałam tyle wody, aby wymieszana papka miała konsystencję śmietany. Woda była wcześniej przegotowana i ostudzona. Słoik nakryłam luźno woreczkiem, takim, w który pakuję drugie śniadanie do pracy i zostawiłam na 24 h w ciepłym miejscu. Ciepłe to znaczy te 22-24 stopnie C. Na drugi dzień czynność powtórzyłam. W tym czasie zakwas zaczął nabierać tego lekko kwaśnego zapachu, który dla mnie był bardzo przyjemny, a na spodzie słoja ujrzałam pierwsze pęcherzyki powietrza. Po pierwszej powtórce dodania mąki i wody, znów uzyskałam śmietanową konsystencję papki i odstawiłam na kolejne 24 h. W tym etapie, zwłaszcza w okolicach 12 h po, mój zakwas się podniósł i to znacznie. Dostał jeszcze więcej pęcherzyków i wciąż pachniał przyjemnie kwaskowato. Drugie dokarmianie odbyło się z tej samej ilości mąki i wody, a po wymieszaniu, po raz trzeci powędrował na 24 h by nabierać mocy.
Po tym czasie widać całą masę pęcherzyków, zdarza się, że zakwas trochę siada ale to nic, bo z takiego już można zrobić wypiek. Nie jest on jeszcze bardzo mocny i stabilny, dlatego na pierwszy wypiek radzę użyć prawie całego zakwasu, zostawiając sobie troszkę na rozmnożenie następnego.
Rozmnożenie to nic innego, jak dodanie do tej drobinki pierwszego znów mąki i wody i odstawienie a ciepłe miejsce.

Przechowywanie zakwasu:

Ja swój trzymam w lodówce, wyjmuję go przed pieczeniem chleba i dokarmiam, aby uaktywnić. To uaktywnianie trwa zazwyczaj całą noc i rano biorę tyle ile wymaga przepis, działam dalej. Resztę zakwasu odstawiam znów do lodówki. Niska temperatura go uśpi. Jeśli nie piekę chleba zbyt często to i tak muszę raz na jakiś czas, zazwyczaj raz w tygodniu, pamiętać o jego dokarmieniu. Nawet uśpiony zakwas musi się od czasu do czasu pożywić.

Czy zakwas może się zepsuć? Jak wygląda zepsuty zakwas?

Oczywiście, że może i spowoduje to jego zaniedbanie. Taki zepsuty zakwas przybiera bardzo brzydką, ciemną barwę, pojawia się na nim pleśń, a jego woń jest mocno odpychająca. Normalnie taki starszy zakwas też pachnie dość intensywnie ale kiedy będziemy mieć do czynienia z zepsutym, na pewno nie umknie on naszej uwadze :)
Zasada jest taka, że im straszy zakwas tym jest bardziej stabilnym i trudniej go zepsuć. Na pewno nie można zrobić tak, ze wyhodujemy zakwas, wstawimy go do lodówki i zapomnimy o nim na długie dni. Trzeba go wykorzystywać i regularnie dokarmiać.

Takie inne zakwasowe ciekawostki:

Jeśli zakwas nam się rozwarstwi, nie znaczy, że się zepsuł. Wystarczy, że przy dokarmianiu dodamy ciut więcej mąki i konsystencja nam się wyrówna.
Jeśli na zakwasie nie widać pęcherzyków nie zawsze oznacza to, że coś nam nie wyszło. Bywa i tak, że bez dużej ich ilości zakwas świetnie sobie radzi. To trzeba po prostu wyczuć :)
Jeśli chcę przyspieszyć tworzenie się zakwasu świetnie działa dodanie podczas dokarmiania trochę DOMOWEGO zakwasu na żurek. Ale podkreślam domowego, za te sklepowe nie biorę odpowiedzialności, nie wiem jakiej chemii tam dodają.
Zakwas można modyfikować, mam na myśli dodanie do niego w czasie karmienia innej mąki, np. żytniej, albo pszennej. Jeśli będziemy stale potem dodawać którejś z tych rodzajów mąk, otrzymamy nowy, zupełnie innym zakwas.


Och, to się rozpisałam... Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam, i że wszystko jest zrozumiałe. Podkreślam raz jeszcze, iż ten post to moje własne doświadczenia i spostrzeżenia na temat przygotowywania zakwasu w domu, do których dochodziłam metodą prób i błędów.
Prawda jest też taka, że każdy musi poczuć tą czynność na sobie, nabrać doświadczenia. A powiem Wam, że nie raz robiłam coś intuicyjnie i wychodziłam na tym najlepiej :)


Na koniec przedstawiam na zdjęciach trzy pierwsze dni z życia mojego zakwasu:


Dzień pierwszy, jeszcze nie-zakwas, zaraz po wymieszaniu wody i mąki

 
 

Dzień drugi, mój nie-zakwas przed pierwszym dokarmianiem, już widoczne są pierwsze pęcherzyki powietrza:

 
 
Dzień drugi, 12 h po pierwszym dokarmianiu, zakwas wyraźnie przyrasta:

 
 
 
Dzień trzeci, zakwas po drugim dokarmieniu, już nieco siada, ale widoczne są pęcherzyki powietrza:





Dzień czwarty, gotowy zakwas, trochę się jeszcze uniósł po drugim dokarmianiu, ale nie jest wyższy niż ten z drugiego dnia po 12 h, ma jednak bąbelki i już można z niego upiec pierwszy chlebek :):


poniedziałek, 1 września 2014

Cherry pie z Miasteczka Twin Peaks

Na dworze robi się już bardziej mgliście niż przejrzyście, las nabiera pewnej aury tajemniczości. Pajęczyny wilgocią skrzą się między gałęziami drzew, a leśne runo pachnie jakoś tak intensywniej... Wtedy przypomina mi się znany chyba wszystkich serial Davida Lyncha "Miasteczko Twin Peaks".
A za sprawą Autorki bloga mniam-mniam.bloog.pl przypomniał mi się podwójnie! To u niej zobaczyłam jakiś czas temu recepturę na to wspaniałe wiśniowe ciasto. Dziś prezentuję moje wykonanie tu na blogu. Przepis i wykonanie cytuje za Autorką.

Zapraszam!


Składniki na ciasto:

- 400g mąki pszennej
- 200g zimnego masła
- 50g cukru pudru
- 1 żółtko
- ok. 3 łyżki zimnej wody

Najpierw ciasto. Masło siekam z cukrem i mąką a następnie dodaje żółtko. Jak radzi autorka dodajemy wodę na końcu i jeśli konsystencja ciasta będzie tego wymagała to wody dodajemy więcej. Wyrabiam do uzyskania jednolitej konsystencji, formuje placek, zawijam w folię i wkładam do lodówki na min. 30 minut.


Składniki na wiśniowe nadzienie do ciasta:

- 1 kg świeżych wydrylowanych wiśni
- 200 g cukru pudru (dałam troszkę mniej)
- sok z 1 cytryny
- 2 łyżki mąki ziemniaczanej
- 1/4 szkl. wody

Kiedy ciasto się chłodzi, czas na nadzienie. Do garnka wkładam umyte, wydrylowane wiśnie, wsypuję cukier i wyciskam sok z cytryny. Całość gotuję na małym ogniu ok. 10 minut. W kubku rozrabiam mąkę z wodą i dodaje do wiśni. Dokładnie mieszam i jeszcze chwile gotuje.

Schłodzone ciasto dzielę na dwie części. Tak, jak Autorka na spód dałam trochę więcej. Większą połowę rozwałkowałam i przekładamy na tortownicę (24cm), tak żeby ciasto sięgało do górnej jej krawędzi. Wlewam nadzienie wiśniowe. Resztę ciasta rozwałkowuje i kładę na wierzch. Wystające ciasto opuszczam i delikatnie dociskamy widelcem - chodzi o to, by nie wyciekło nadzienie w czasie pieczenia. Wierzch ciasta smaruje mlekiem i posypuje obficie cukrem. Na wierzchu patyczkiem od szaszłyków zrobiłam kilka dziurek.
Ciasto wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200°C pieczemy 15 min., a następnie obniżamy temperaturę do 175°C i pieczemy kolejne 25-30 min.

Wychodzi pyszniutkie!

Dziękuję Autorce mniam-mniam.bloog.pl za pozwolenie wypróbowania i opublikowania tego cudnego ciasta :)

I jeszcze coś: ja podałam ciacho z kremówką, którą ubiłam tylko z dodatkiem ziarenek wanilii, Autorka bloga, od której cytuję przepis poleca podać też cherry pie z lodami :)


 
 
 

 
 Pozdrawiam :)

piątek, 29 sierpnia 2014

Domowe ekstrakty do ciast, deserów, wypieków...

Robienie domowych ekstraktów to myślę, dość popularny zabieg kuchenny. Sama takie robię od jakiegoś czasu. Dziś właśnie chciałam się pochwalić moim zbiorem i opowiedzieć jak je przygotowuję. Są oczywiście robione na alkoholowej bazie, nie robię ich nigdy na mieszaninie alkoholu i wody.

Zapraszam!



Składniki:

- alkohol (wódka lub spirytus, wiem, że można robić je również na innych rodzajach alkoholu)
- źródło aromatu, czyli u mnie: pomarańcz duża i dorodna, 2 cytryny, 3 limonki, płatki róży, 2 laski wanilii, kawa ziarnista, migdały.



Najpierw robiłam ekstrakt z płatków róży. Tej samej, którą ucierałam z cukrem. W tym celu oczyszczone płatki ułożyłam dość ściśle w słoiczku, zalałam spirytusem i pozostawiłam na 10 dni. Po tym czasie ekstrakt zlałam do buteleczki.

Jeśli chodzi o cytrusy, to trzeba je sparzyć we wrzątku, a potem jeszcze dodatkowo dobrze wyszorować, żeby pozbyć się wosku, jakim są pokrywane. Do cytrusów przydaje się obieraczka do warzyw, bo dzięki niej można je cieniutko obrać. Potrzebna jest sama ich skórka, bez albedo. Tą skórkę pokroiłam w dość drobną kosteczkę i każdą owocową skórkę umieściłam osobno w buteleczce i zalałam spirytusem.

Po przygotowaniu serniczków została mi wydrążona, ale wciąż pełna aromatu laska wanilii, dorzuciłam do niej jeszcze jedną  rozkrojoną laskę, umieściłam w buteleczce i również zalałam alkoholem.

Jeśli chodzi o kawę to przed zalaniem jej delikatnie rozbiłam jej ziarna w moździerzu, a potem podprażyłam chwilę na patelni. Kawy do buteleczki dałam "na oko", tak aby dobrze zakryła jej dno i zalałam alkoholem.

Ostatnia buteleczka to ekstrakt mieszany - z kawy i migdałów. Zrobiłam go specjalnie do tiramisu. Kawę rozbiłam, podprażyłam i dodałam do buteleczki. Migały (kilka sztuk) w łupinkach zalałam wrzątkiem, by pozbawić ich brązowej skórki. Potem rozgniotłam i dodałam do kawy. Całość zalałam alkoholem.


 


Ekstrakty muszę nabrać mocy. Myślę, że po ok. miesiącu można je już używać. Przy czym im dużej stoją tym są lepsze, zwłaszcza ten z wanilii czy kawowy. Wyglądają pięknie, mają wysycone barwy i kuszą niezwykłym aromatem.
A to co dla mnie jest w nich najważniejsze - wiem, z czego są zrobione :)


Jeśli jeszcze nie robiliście, nie próbowaliście, to zachęcam.


 
Miłego dnia życzę :*

środa, 27 sierpnia 2014

Pomidory pod kołderką - świetna, prosta i szybka przystawka.

Dziś będzie znów pomidorowo. No co ja na to poradzę, że tak uwielbiam...
Ale będzie też szybko i smakowo i zapachowo :) Szybka przystaweczka z pomidorków, polana sosem czosnkowym i posypana parmezanem. Świetnie sprawdza się jako dodatek np. przy grillu.

Przepis na nią pokazała mi moja koleżanka ze studiów, Justyna. Do dziś jestem Jej za to wdzięczna :)

Zapraszam!


Składniki:

- pomidory (kilka sztuk)
- 2 ząbki czosnku
- 2 łyżki majonezu
- 3 łyżki gęstego jogurtu naturalnego lub greckiego
- sól, pieprz
- tarty parmezan


Pomidorki myję, osuszam i kroję na nieregularne kawałki, albo w ósemki. Układam na półmisku kawałek przy kawałku. Biorę się za sos - majonez mieszam z jogurtem, wyciskam praską czosnek i dodaję do bazy jogurtowo-majonezowej. Mieszam i doprawiam solą i pieprzem. Sosem polewam pomidorki, a wszystko posypuję drobno startym parmezanem.

Gotowe!


Sos można przygotować wcześniej, ale zalecam polać nim pomidorki tuż przed podaniem na stół.




 
Miłego dnia życzę :)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Zupa ogórkowa według Czarodziejki

Popularna, dobrze znana i lubiana. Ja również lubię, zwłaszcza za to, że ma kwaskowaty orzeźwiający smak i pachnie czosnkiem. A o czym mowa? A o zupie ogórkowej :)



Składniki na wywar:

- wędzone żeberka w ilości ok 30 dkg
- włoszczyzna
- listek laurowy
- 2 ziarenka ziela angielskiego
- 2 rozgniecione ząbki czosnku w łupinkach
- gałązka lubczyku

Podane składniki zalewam ok 3 litrami zimnej wody i gotuję bulion. Gotuję go powoli, nie solę, by mięso i warzywa oddały swój smak i aromat w całości.
Kiedy bulion jest gotowy wyjmuję składniki wywaru, do którego wróci tylko pokrojona w plasterki (albo jak ktoś woli inaczej) marchewka.


Składniki na zupę:

- 4 ziemniaki
- 4-5 ogórków kiszonych (ich ilość zależy od tego, jaki smak zupki preferujemy)
- ząbek czosnku
- sól, pieprz
- opcjonalnie koperek
- łyżka masła

Do gotowego bulionu z marchewką dodaję pokrojone w kostkę ziemniaki i gotuję je do miękkości. Następny krok to starcie ogórków na tarce. Na patelni rozgrzewam masło i podsmażam na nim starte ogórki. Smażę je, aż zrobią się szkliste. Zawartość patelni dodaję do bulionu z miękkimi ziemniaczkami. Zupę zagotowuję i doprawiam do smaku solą, pieprzem i przetartym przez praskę ząbkiem czosnku.
Podaję gorącą. Zupkę można posypać posiekanym koperkiem.


Smacznego!




 
Miłego dnia życzę!
 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Sałatka egipska, z pomidorów wg Nigelli.

Już nie raz ją robiłam ale jakoś tak wychodziło, że nie zamieszczałam jej na blogu. Sałatka egipska z pomidorów wg Nigelli... Powiem jedno CUDO!

Sezon pomidorowy w pełni, mam nieograniczony dostęp do swojskich malinówek, więc rządze się tymi smakami i Was też do nich zapraszam :)

Przepis z małymi modyfikacjami zaczerpnięty ze strony: http://www.nigellalawson.pl/przepisy/salatki/egipska_salatka_pomidorowa.php

Cytuję za autorką strony.


Składniki:

- 1 obrana szalotka
- 1 ząbek czosnku
- 3-4 łyżki oliwy
- 5 średnich, soczystych pomidorów (u mnie "malinówki")
- sól, pieprz
- sok z 1 cytryny
- garść świeżo posiekanej trybuli (tego jednego nie miałam, więc dałam bazylię i też jest pyszne)


Siekam szalotkę i czosnek bardzo drobno, następnie wsypuję do miseczki, dodaję oliwę i po szczypcie soli i pieprzu. Odstawiam. Pomidory blanszuję, jak w przepisie - wkładam do miski, zalewam wrzątkiem, tak żeby całkowicie je przykrył i pozostawiam na 5 minut. Następnie przekładam na sito i płuczę bieżącą, zimną wodą. Nożem zdejmuję skórkę i kroję pomidory na grube  plastry. Takie wolę. 
Pokrojone pomidory układam w salaterce i polewam sosem z oliwy, cebuli i czosnku mieszając palcami. Można zostawić pomidory na kilka godzin, puszczą sok, przegryzą się i będą jeszcze lepsze.
Przed bez pośrednim podaniem trzeba wymieszać pomidory rękami, skropić sokiem z cytryny, posypać solą i łyżką świeżo posiekanej trybuli, a u mnie bazylii.
 
WAŻNE: 
"Jest jedna nienaruszalna zasada dotycząca tej sałatki − trzeba ją podawać w temperaturze pokojowej. Jeżeli pozostanie w lodówce do samego podania, nie będzie tak smaczna."

 
Kto nie próbował, niech nadrabia :)







 
Smacznie pozdrawiam!
 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Zapiekana makaronowa z kurczakiem w sosie śmietanowo-serowym.

Witam :) Całkiem zapomniałam się przez weekend i nie dodawałam nowych przepisów. Wczoraj jednak, na FB, ktoś zapytał o przepis na danie z makaronem. Miało być z mięsem i konkretnie. Przypomniała mi się stara i sprawdzona zapiekanka makaronowa z kurczakiem i pieczarkami, z dużą ilością sera i w aromatycznym sosie. Danie jest szybkie i sycące, dodatek sosu sprawia, że zapiekanka nie jest sucha, a dodatek korniszona powoduje ciekawe przełamanie smaku.

Realizuję więc życzenie i jednocześnie zapraszam na zapiekankę :)


Składniki:

- 200 g makaronu tagliatelle
- nieduża podwójna pierś z kurczaka
- pół dużej cebuli
- 8 sporych pieczarek
- 2 duże korniszony
- sól, pieprz, tymianek, suszony czosnek
- olej do smażenia


Makaron trzeba ugotować w osolonej wodzie al dente. Nie dodaję do wody na makaron oleju.
Pierś z kurczaka myję, oczyszczam z błonek i kroję w paski. Cebulę siekam, ale niezbyt drobno, a pieczarki obieram i kroję w spora kostkę. Kurczaka doprawiam solą i pieprzem, obsmażam na złoty kolor. To sam robię z cebulą i pieczarkami, ale na osobnej patelni. Na olej wrzucam cebulę, podsmażam ale pilnuję, żeby się nie przypaliła. Wrzucam pieczarki, lekko solę i dodaję szczyptę suszonego tymianku. Smażę, aż soki wyparują, a całość nabierze złotego koloru.
Kurczaka mieszam z pieczarkami i cebulą, dodaję ugotowany makaron i pokrojonego w półplasterki korniszona. Wszystko mieszam dokładnie.


Sos śmietanowo - serowy:

- 330 ml śmietanki 30%
- 150 g mozzarelli
- 20 g gorgonzoli (ma dać tylko posmak w sosie, dlatego tak mało)
- sól, pieprz, suszony czosnek

Śmietankę podgrzewam w rondelku, dodaję gorgonzolę i z tych 150 g mozzarelli biorę małą garść i także dodaję. Sery mają się rozpuścić w śmietance. Doprawiam sos do smaku przyprawami.


Gotowym sosem zalewam makaron z dodatkami i mieszam, żeby wszystko się nim równomiernie pokryło. Przekładam wszystko do naczynia żaroodpornego, posypuję resztą sera i zapiekam, aż ser się zarumieni. Temperatura 200 stopni, termoobieg.


Smacznego życzę!






 
Miłego wieczorku życzę :)