Witajcie.
Dziś przychodzę z pomysłem :) Suszyłam czosnek, suszyłam pomidory, lubczyk, robiłam domowe mieszanki przyprawowe, a dopiero teraz uświadomiłam sobie, że do tej suszonej rodzinki można przecież dodać jeszcze cebulę.
Pracy mało, nic trudnego, a zapasy i wykorzystanie wszechstronne.
To co, bierzemy się za robotę :)
Składniki:
- cebula, ilość wedle uznania, najlepsza oczywiście wyhodowana osobiście albo z pewnego źródła
- sól
Cebulę obieram i kroję albo w piórka, albo w kostkę. Układam na tackach wyłożonych papierem do pieczenia i posypuję odrobiną soli. Mieszam i wkładam do piekarnika.
Suszę w temperaturze między 80, a 100 stopni.
Gotową przekładam do słoiczków i szczelnie zakręcam. Używam do sałatek, dodaję do zup, sosów, pieczonych mięs - tak na prawdę wszędzie tam, gdzie uznam, że mi pasuje.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dodatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dodatki. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 listopada 2019
Suszona cebulka.
Etykiety:
cebula,
dodatki,
domowe przyprawy,
przyprawa,
suszona cebula
sobota, 17 sierpnia 2019
Domowy keczup. Najpyszniejszy i bardzo prosty.
Dzień dobry.
Wreszcie mam więcej czasu i mogę wrzucić nowy przepis. Będzie na prawdę bardzo prosto, będzie pysznie i domowo, a co najważniejsze zdrowo :)
Zapraszam na przygotowanie domowego keczupu, który pięknie pachnie i wyśmienicie smakuje.
Składniki:
- ok. 2,5l gotowego domowego przecieru pomidorowego (u mnie przecież z czarnych pomidorów)
- 2 liście laurowe
- 4 ziela angielskie
- 60 ml octu jabłkowego
- garść suszonych śliwek
- mała garść suszonej żurawiny
- 1 średnia cebula
- 5 ząbków czosnku
- sól, pieprz, cukier (opcjonalnie), suszony tymianek i czosnek, słodka papryka - wszystko do smaku
Do garnka z przecierem dodaję wszystkie składniki oprócz przypraw. Cebulę i czosnek kroję w mniejsze kawałki, to samo śliwki. Całość usawiam na najmniejszym ogniu i powolutku gotuję, aż warzywa i suszone owoce zmiękną i właściwie się rozpadną. Całość w tym czasie mocno się zredukuje i tak na prawdę od Was zależy, jaki będzie gęsty Wasz keczup. Ja gość długo odparowywałam, bo lubię kiedy jest na prawdę gęsty.
Kiedy konsystencja jest właściwa, doprawiam wszystko solą, pieprzem i tyminakiem. Dodaję jeszcze odrobinę suszonej słodkiej papryki i jeśli uznam, że jest za mało czosnkowy to suszony czosnek.
Dodanie cukru jest opcjonalne, wszystko zależy ile słodyczy dadzą śliwki i żurawina.
Doprawiony keczup przecieram dokładnie przez sitko i rozlewam do małych słoiczków.
Pasteryzuję 20 minut.
Wreszcie mam więcej czasu i mogę wrzucić nowy przepis. Będzie na prawdę bardzo prosto, będzie pysznie i domowo, a co najważniejsze zdrowo :)
Zapraszam na przygotowanie domowego keczupu, który pięknie pachnie i wyśmienicie smakuje.
Składniki:
- ok. 2,5l gotowego domowego przecieru pomidorowego (u mnie przecież z czarnych pomidorów)
- 2 liście laurowe
- 4 ziela angielskie
- 60 ml octu jabłkowego
- garść suszonych śliwek
- mała garść suszonej żurawiny
- 1 średnia cebula
- 5 ząbków czosnku
- sól, pieprz, cukier (opcjonalnie), suszony tymianek i czosnek, słodka papryka - wszystko do smaku
Do garnka z przecierem dodaję wszystkie składniki oprócz przypraw. Cebulę i czosnek kroję w mniejsze kawałki, to samo śliwki. Całość usawiam na najmniejszym ogniu i powolutku gotuję, aż warzywa i suszone owoce zmiękną i właściwie się rozpadną. Całość w tym czasie mocno się zredukuje i tak na prawdę od Was zależy, jaki będzie gęsty Wasz keczup. Ja gość długo odparowywałam, bo lubię kiedy jest na prawdę gęsty.
Kiedy konsystencja jest właściwa, doprawiam wszystko solą, pieprzem i tyminakiem. Dodaję jeszcze odrobinę suszonej słodkiej papryki i jeśli uznam, że jest za mało czosnkowy to suszony czosnek.
Dodanie cukru jest opcjonalne, wszystko zależy ile słodyczy dadzą śliwki i żurawina.
Doprawiony keczup przecieram dokładnie przez sitko i rozlewam do małych słoiczków.
Pasteryzuję 20 minut.
wtorek, 4 grudnia 2018
Domowe kandyzowane owoce wg Czarodziejki.
Dzień dobry.
Dzień dziś u mnie ciemny, deszczowy, zupełnie jakby nie grudzień. Pomyślałam sobie, że to dobry moment, aby rozchmurzyć go czymś pysznym. Ostatnio przemierzałam sklepowe półki i robiłam "przegląd" bakalii, a konkretnie tego, jaki mają skład. Przeraża mnie wszechobecna siarka i te wszystkie inne bonusy, pomyślałam więc sobie, że do tegorocznego świątecznego keksa sama przygotuję bakaliową wkładkę i w ten oto sposób wyczarowałam kandyzowanego ananasa i kiwi. I jak to bywa z przypadkami, bardzo często okazują się trafione w punkt, bo ananas i kiwi smakują obłędnie i wiem, że na tych owocach moja przygoda z kandyzowaniem się nie skończy :)
Zapraszam!
Składniki:
- 1 szklanka wody
- 1,5 szklanki cukru (zwykły biały)
- płaska łyżeczka octu (dałam jabłkowy)
- owoce, u mnie było pół niedużego ananasa, a druga porcja powstała z 4 owoców kiwi
Wodę i cukier wlewam do rondelka i wstawiam na gaz. Mieszam, aż składniki się połączą, cukier rozpuści i dodaję ocet. Ocet jest po to, aby owoce się nie rozpadły. Kiedy wszystko się zagotuje, zmniejszam ogień i wrzucam owoce. Ananas był pokrojony w kostkę, a kiwi w plastry. Oczywiście obie propozycje były robione oddzielnie.
Na małym ogniu owoce się "smażą", aż staną się szkliste i błyszczące, a cukrowy syrop porządnie je oblepi. Na przygotowane układam na papierze do pieczenia i wstawiam do piekarnika, żeby się obsuszyły. Trwało to u mnie jakieś 4 godziny z przerwami, temperatura piekarnika to 50 stopni, nie więcej.
Gotowe owoce są miękkie, lepkie i przepyszne. Właściwie tak mi posmakowały, że chętnie poprzerabiałabym w ten sposób wszystko co mi tylko wpadnie w łapki. Myślę, że do świąt nie jeden owoc wpadnie w mój rondelek.
Kandyzowane owoce przechowuje się w lodówce, w zamkniętym słoiczku.
Dzień dziś u mnie ciemny, deszczowy, zupełnie jakby nie grudzień. Pomyślałam sobie, że to dobry moment, aby rozchmurzyć go czymś pysznym. Ostatnio przemierzałam sklepowe półki i robiłam "przegląd" bakalii, a konkretnie tego, jaki mają skład. Przeraża mnie wszechobecna siarka i te wszystkie inne bonusy, pomyślałam więc sobie, że do tegorocznego świątecznego keksa sama przygotuję bakaliową wkładkę i w ten oto sposób wyczarowałam kandyzowanego ananasa i kiwi. I jak to bywa z przypadkami, bardzo często okazują się trafione w punkt, bo ananas i kiwi smakują obłędnie i wiem, że na tych owocach moja przygoda z kandyzowaniem się nie skończy :)
Zapraszam!
Składniki:
- 1 szklanka wody
- 1,5 szklanki cukru (zwykły biały)
- płaska łyżeczka octu (dałam jabłkowy)
- owoce, u mnie było pół niedużego ananasa, a druga porcja powstała z 4 owoców kiwi
Wodę i cukier wlewam do rondelka i wstawiam na gaz. Mieszam, aż składniki się połączą, cukier rozpuści i dodaję ocet. Ocet jest po to, aby owoce się nie rozpadły. Kiedy wszystko się zagotuje, zmniejszam ogień i wrzucam owoce. Ananas był pokrojony w kostkę, a kiwi w plastry. Oczywiście obie propozycje były robione oddzielnie.
Na małym ogniu owoce się "smażą", aż staną się szkliste i błyszczące, a cukrowy syrop porządnie je oblepi. Na przygotowane układam na papierze do pieczenia i wstawiam do piekarnika, żeby się obsuszyły. Trwało to u mnie jakieś 4 godziny z przerwami, temperatura piekarnika to 50 stopni, nie więcej.
Gotowe owoce są miękkie, lepkie i przepyszne. Właściwie tak mi posmakowały, że chętnie poprzerabiałabym w ten sposób wszystko co mi tylko wpadnie w łapki. Myślę, że do świąt nie jeden owoc wpadnie w mój rondelek.
Kandyzowane owoce przechowuje się w lodówce, w zamkniętym słoiczku.
Etykiety:
ananas,
bez konserwantów,
bez mięsa,
boże narodzenie,
do ciasta,
dodatki,
kandyzowane owoce,
kandyzowanie,
kiwi,
mała rzecz a cieszy,
na słodko,
przepisy Boże Narodzenie
piątek, 20 kwietnia 2018
Domowy ocet owocowy.
Dzień dobry!
Co prawda na pierwsze tegoroczne owoce musimy jeszcze poczekać, ale uprzedzam trochę lato i celowo dodaję ten przepis teraz.
Robię domowe octy owocowe już nie pierwszy raz i zawsze jestem z nich zadowolona. Wykorzystuję je dość szeroko - marynaty mięs, warzyw i ryb, bazy sosów i dressingów, zaprawy do śledzi, dodaję do wypieków, do chlebów... Można kombinować na różne sposoby.
Przygotowanie takiego octu jest banalnie proste. Ja najbardziej lubię malinowy i jeżynowy. Mają piękny kolor, wspaniale pachną i smakują. Najfajniejsza zabawa przy octach jest taka, że można je przygotować z dowolnych owoców.
Zapraszam!
Składniki:
- 1 litr przegotowanej, letniej wody
- 3 dag cukru (u mnie trzcinowy)
- dowolne owoce (taka ich ilość, aby były całkowicie przykryte wodą)
Owoce oczyszczam i myję. Cukier rozpuszczam w wodzie. Wszystko razem ląduje w słoju, który przykrywam gazą i obwiązuję gumką lub dratwą.
Słój odstawiam w ciepłe, zacienione miejsce i czekam ok. 3 tygodni. W pierwszym tygodniu codziennie mieszam zawartość słoika. Kiedy ocet jest przyjemnie kwaskowy, to znak, że już jest gotów. Zdejmuję powstały kożuch, przecedzam i gotowy ocet przechowuję już w lodówce.
Prawda, że to takie proste???
Co prawda na pierwsze tegoroczne owoce musimy jeszcze poczekać, ale uprzedzam trochę lato i celowo dodaję ten przepis teraz.
Robię domowe octy owocowe już nie pierwszy raz i zawsze jestem z nich zadowolona. Wykorzystuję je dość szeroko - marynaty mięs, warzyw i ryb, bazy sosów i dressingów, zaprawy do śledzi, dodaję do wypieków, do chlebów... Można kombinować na różne sposoby.
Przygotowanie takiego octu jest banalnie proste. Ja najbardziej lubię malinowy i jeżynowy. Mają piękny kolor, wspaniale pachną i smakują. Najfajniejsza zabawa przy octach jest taka, że można je przygotować z dowolnych owoców.
Zapraszam!
Składniki:
- 1 litr przegotowanej, letniej wody
- 3 dag cukru (u mnie trzcinowy)
- dowolne owoce (taka ich ilość, aby były całkowicie przykryte wodą)
Owoce oczyszczam i myję. Cukier rozpuszczam w wodzie. Wszystko razem ląduje w słoju, który przykrywam gazą i obwiązuję gumką lub dratwą.
Słój odstawiam w ciepłe, zacienione miejsce i czekam ok. 3 tygodni. W pierwszym tygodniu codziennie mieszam zawartość słoika. Kiedy ocet jest przyjemnie kwaskowy, to znak, że już jest gotów. Zdejmuję powstały kożuch, przecedzam i gotowy ocet przechowuję już w lodówce.
Prawda, że to takie proste???
Etykiety:
dodatki,
domowe przetwory,
domowy ocet owocowy,
jeżyny,
maliny,
marynata,
ocet owocowy
piątek, 9 marca 2018
Pieczone ziemniaczki II, pyszne i aromatyczne.
Dzień dobry :)
Nie uważam, aby ziemniaki były bardzo tuczące, choć dość często spotykam się z tym stwierdzeniem. To sosy i omasty, którymi polewamy ziemniaki zwiększają znacznie ich wartość energetyczną i sprawiają, że odsuwamy od siebie to warzywo.
A szkoda, bo można z nich wyczarować wiele dań, które robi się szybko i smakują na prawdę wyśmienicie.
Dziś zapraszam na kolejną odsłonę pieczonego ziemniaka :)
Składniki:
- ziemniaki (dowolna ilość)
- olej rzepakowy
- sól, pieprz, ulubione zioła (u mnie tymianek, rozmaryn, cząber i szałwia)
- mielona suszona papryka, mielony suszony czosnek
Ziemniaki myję dokładnie, nie obieram ich więc trzeba je naprawdę dokładnie oczyścić, a potem kroję na cienkie plasterki. Można sobie pomóc mandoliną czy jakimś innym sprzętem.
Plastry ziemniaków zalewam zimną wodą i płuczę, aby pozbyć się nadmiaru skrobi. Odsączam na sicie i przekładam do miski. Dodaję ulubione zioła, sól, pieprz, czosnek i paprykę.
Skrapiam wszystko olejem rzepakowym i mieszam, aby ziemniaki pokryły się przyprawami.
Nagrzewam piekarnik do 180 stopni, ziemniaki wkładam do naczynia żaroodpornego i zapiekam, aż będą rumiane i chrupiące.
Nie uważam, aby ziemniaki były bardzo tuczące, choć dość często spotykam się z tym stwierdzeniem. To sosy i omasty, którymi polewamy ziemniaki zwiększają znacznie ich wartość energetyczną i sprawiają, że odsuwamy od siebie to warzywo.
A szkoda, bo można z nich wyczarować wiele dań, które robi się szybko i smakują na prawdę wyśmienicie.
Dziś zapraszam na kolejną odsłonę pieczonego ziemniaka :)
Składniki:
- ziemniaki (dowolna ilość)
- olej rzepakowy
- sól, pieprz, ulubione zioła (u mnie tymianek, rozmaryn, cząber i szałwia)
- mielona suszona papryka, mielony suszony czosnek
Ziemniaki myję dokładnie, nie obieram ich więc trzeba je naprawdę dokładnie oczyścić, a potem kroję na cienkie plasterki. Można sobie pomóc mandoliną czy jakimś innym sprzętem.
Plastry ziemniaków zalewam zimną wodą i płuczę, aby pozbyć się nadmiaru skrobi. Odsączam na sicie i przekładam do miski. Dodaję ulubione zioła, sól, pieprz, czosnek i paprykę.
Skrapiam wszystko olejem rzepakowym i mieszam, aby ziemniaki pokryły się przyprawami.
Nagrzewam piekarnik do 180 stopni, ziemniaki wkładam do naczynia żaroodpornego i zapiekam, aż będą rumiane i chrupiące.
Etykiety:
dodatki,
na ciepło,
na obiad,
pieczone ziemniaczki,
pieczone ziemniaki,
ziemniaki,
zioła
wtorek, 20 grudnia 2016
Wigilijne śledzie w oleju z kolorowym pieprzem wg Czarodziejki
Witajcie :)
Dziś przepis na okazję zbliżających się świąt. Śledź króluje na wigilijnym stole, można go spotkać w naprawdę niezliczonej ilości smakowych odsłon. Każdy też lubi śledzia inaczej, z innymi dodatkami, w różnej szacie.... no wszystko wedle gustu :)
Chciałabym dziś pokazać śledzia, jakiego ja bardzo lubię. Przepis dobrze znany, szybki i łatwy.
Może to i dobrze, bo w tej całej przedświątecznej bieganinie przygotowanie tego śledzia nie zajmie nam wiele czasu.
Zapraszam!
Składniki:
- 600 g filetów śledziowych ala matias
- 2 średnie cebule
- 1 ząbek czosnku
- półtorej łyżeczki kolorowego pieprzu
- 2-3 listki laurowe
- 2 goździki
- dobrej jakości olej (u mnie słonecznikowy)
Śledzie trzeba odmoczyć. Czas tego zabiegu jest zależy od naszych upodobań. Ja moczyłam ponad godzinę, kilka razy zmieniając wodę.
Cebulę obieram i kroję w piórka, czosnek natomiast kroję w cienkie talarki.
Śledzie kroję w mniejsze kawałki, lubię takie na jeden kęs. Na spód litrowego słoja leję łyżkę oleju, układam kawałki ryby, tylko tak aby zakryły dno. Na to kładę cebulę, plaster czosnku, posypuję kilkoma ziarnkami pierzu i podlewam odrobiną oleju. Taki schemat powtarzam, aż do wyczerpania składników :) Na koniec wkładam na wierzch liście laurowe i goździki i zalewam olejem, tak aby wszystko było nim przykryte.
Odstawiam do lodówki na minimum dwie doby.
Dziś przepis na okazję zbliżających się świąt. Śledź króluje na wigilijnym stole, można go spotkać w naprawdę niezliczonej ilości smakowych odsłon. Każdy też lubi śledzia inaczej, z innymi dodatkami, w różnej szacie.... no wszystko wedle gustu :)
Chciałabym dziś pokazać śledzia, jakiego ja bardzo lubię. Przepis dobrze znany, szybki i łatwy.
Może to i dobrze, bo w tej całej przedświątecznej bieganinie przygotowanie tego śledzia nie zajmie nam wiele czasu.
Zapraszam!
Składniki:
- 600 g filetów śledziowych ala matias
- 2 średnie cebule
- 1 ząbek czosnku
- półtorej łyżeczki kolorowego pieprzu
- 2-3 listki laurowe
- 2 goździki
- dobrej jakości olej (u mnie słonecznikowy)
Śledzie trzeba odmoczyć. Czas tego zabiegu jest zależy od naszych upodobań. Ja moczyłam ponad godzinę, kilka razy zmieniając wodę.
Cebulę obieram i kroję w piórka, czosnek natomiast kroję w cienkie talarki.
Śledzie kroję w mniejsze kawałki, lubię takie na jeden kęs. Na spód litrowego słoja leję łyżkę oleju, układam kawałki ryby, tylko tak aby zakryły dno. Na to kładę cebulę, plaster czosnku, posypuję kilkoma ziarnkami pierzu i podlewam odrobiną oleju. Taki schemat powtarzam, aż do wyczerpania składników :) Na koniec wkładam na wierzch liście laurowe i goździki i zalewam olejem, tak aby wszystko było nim przykryte.
Odstawiam do lodówki na minimum dwie doby.
Smacznie pozdrawiam :)
Etykiety:
bez mięsa,
do chleba,
dodatki,
kolorowy pieprz,
na kolację,
przystawka,
śledzie,
śledzie w oleju,
wigilia
piątek, 29 sierpnia 2014
Domowe ekstrakty do ciast, deserów, wypieków...
Robienie domowych ekstraktów to myślę, dość popularny zabieg kuchenny. Sama takie robię od jakiegoś czasu. Dziś właśnie chciałam się pochwalić moim zbiorem i opowiedzieć jak je przygotowuję. Są oczywiście robione na alkoholowej bazie, nie robię ich nigdy na mieszaninie alkoholu i wody.
Zapraszam!
Składniki:
- alkohol (wódka lub spirytus, wiem, że można robić je również na innych rodzajach alkoholu)
- źródło aromatu, czyli u mnie: pomarańcz duża i dorodna, 2 cytryny, 3 limonki, płatki róży, 2 laski wanilii, kawa ziarnista, migdały.
Najpierw robiłam ekstrakt z płatków róży. Tej samej, którą ucierałam z cukrem. W tym celu oczyszczone płatki ułożyłam dość ściśle w słoiczku, zalałam spirytusem i pozostawiłam na 10 dni. Po tym czasie ekstrakt zlałam do buteleczki.
Jeśli chodzi o cytrusy, to trzeba je sparzyć we wrzątku, a potem jeszcze dodatkowo dobrze wyszorować, żeby pozbyć się wosku, jakim są pokrywane. Do cytrusów przydaje się obieraczka do warzyw, bo dzięki niej można je cieniutko obrać. Potrzebna jest sama ich skórka, bez albedo. Tą skórkę pokroiłam w dość drobną kosteczkę i każdą owocową skórkę umieściłam osobno w buteleczce i zalałam spirytusem.
Po przygotowaniu serniczków została mi wydrążona, ale wciąż pełna aromatu laska wanilii, dorzuciłam do niej jeszcze jedną rozkrojoną laskę, umieściłam w buteleczce i również zalałam alkoholem.
Jeśli chodzi o kawę to przed zalaniem jej delikatnie rozbiłam jej ziarna w moździerzu, a potem podprażyłam chwilę na patelni. Kawy do buteleczki dałam "na oko", tak aby dobrze zakryła jej dno i zalałam alkoholem.
Ostatnia buteleczka to ekstrakt mieszany - z kawy i migdałów. Zrobiłam go specjalnie do tiramisu. Kawę rozbiłam, podprażyłam i dodałam do buteleczki. Migały (kilka sztuk) w łupinkach zalałam wrzątkiem, by pozbawić ich brązowej skórki. Potem rozgniotłam i dodałam do kawy. Całość zalałam alkoholem.
Ekstrakty muszę nabrać mocy. Myślę, że po ok. miesiącu można je już używać. Przy czym im dużej stoją tym są lepsze, zwłaszcza ten z wanilii czy kawowy. Wyglądają pięknie, mają wysycone barwy i kuszą niezwykłym aromatem.
A to co dla mnie jest w nich najważniejsze - wiem, z czego są zrobione :)
Jeśli jeszcze nie robiliście, nie próbowaliście, to zachęcam.
Zapraszam!
Składniki:
- alkohol (wódka lub spirytus, wiem, że można robić je również na innych rodzajach alkoholu)
- źródło aromatu, czyli u mnie: pomarańcz duża i dorodna, 2 cytryny, 3 limonki, płatki róży, 2 laski wanilii, kawa ziarnista, migdały.
Najpierw robiłam ekstrakt z płatków róży. Tej samej, którą ucierałam z cukrem. W tym celu oczyszczone płatki ułożyłam dość ściśle w słoiczku, zalałam spirytusem i pozostawiłam na 10 dni. Po tym czasie ekstrakt zlałam do buteleczki.
Jeśli chodzi o cytrusy, to trzeba je sparzyć we wrzątku, a potem jeszcze dodatkowo dobrze wyszorować, żeby pozbyć się wosku, jakim są pokrywane. Do cytrusów przydaje się obieraczka do warzyw, bo dzięki niej można je cieniutko obrać. Potrzebna jest sama ich skórka, bez albedo. Tą skórkę pokroiłam w dość drobną kosteczkę i każdą owocową skórkę umieściłam osobno w buteleczce i zalałam spirytusem.
Po przygotowaniu serniczków została mi wydrążona, ale wciąż pełna aromatu laska wanilii, dorzuciłam do niej jeszcze jedną rozkrojoną laskę, umieściłam w buteleczce i również zalałam alkoholem.
Jeśli chodzi o kawę to przed zalaniem jej delikatnie rozbiłam jej ziarna w moździerzu, a potem podprażyłam chwilę na patelni. Kawy do buteleczki dałam "na oko", tak aby dobrze zakryła jej dno i zalałam alkoholem.
Ostatnia buteleczka to ekstrakt mieszany - z kawy i migdałów. Zrobiłam go specjalnie do tiramisu. Kawę rozbiłam, podprażyłam i dodałam do buteleczki. Migały (kilka sztuk) w łupinkach zalałam wrzątkiem, by pozbawić ich brązowej skórki. Potem rozgniotłam i dodałam do kawy. Całość zalałam alkoholem.
Ekstrakty muszę nabrać mocy. Myślę, że po ok. miesiącu można je już używać. Przy czym im dużej stoją tym są lepsze, zwłaszcza ten z wanilii czy kawowy. Wyglądają pięknie, mają wysycone barwy i kuszą niezwykłym aromatem.
A to co dla mnie jest w nich najważniejsze - wiem, z czego są zrobione :)
Jeśli jeszcze nie robiliście, nie próbowaliście, to zachęcam.
Miłego dnia życzę :*
Etykiety:
dodatki,
domowe ekstrakty,
ekstrakt cytrynowy,
ekstrakt kawowo-migdałowy,
ekstrakt kawowy,
ekstrakt limonkowy,
ekstrakt pomarańczowy,
ekstrakt różany
poniedziałek, 7 lipca 2014
Domowa mozzarella
Bardzo lubię sery. Zawsze chętnie próbuję nowości i choć nie powinnam ich spożywać, to od czasu do czasu daję się ponieść emocjom i coś tam zajadam. Od jakiegoś czasu interesuje się serowarstwem, domowym oczywiście, i powiem nieskromnie, że mam na swoim koncie popełnionych już kilka bardzo dobrych serków.
Dziś będzie mozzarella. Domowa smakuje o niebo lepiej niż kupna, według mnie ma też lepszą fakturę i strukturę. Topi się doskonale, dlatego też często dodaję ją np. do pizzy.
Muszę przyznać, iż dopiero kiedy posmakowałam własnoręcznej roboty mozzarelli dowiedziałam się, że ten ser ma smak!
Zapraszam na przepis i do zrobienia domowej mozzarelli, jeśli ktoś jeszcze nie próbował :)
Po sieci krąży pełno przepisów na ten ser, są też filmiki, na których można podejrzeć co i jak.
Składniki:
- 3 litry świeżego mleka (najlepsze od krowy, ja akurat teraz nie miałam więc kupiłam mleko pasteryzowane w niskiej temperaturze, bo też się nadaje)
- podpuszczka (jej ilość na litr dawkujemy według wskazań producenta)
- 1 łyżeczka kwasku cytrynowego
- termometr kuchenny do kontrolowania temperatury
- durszlak, miska na serwatkę i jednorazowe rękawiczki
Mleko wlewam do garnka, kwasek rozpuszczam w niewielkiej ilości zimnej wody (ok. 40 ml), i dodaję do zimnego mleka. mieszam dokładnie. Całość podgrzewam do 32 stopni i dodaję podpuszczkę również rozpuszczoną w niewielkiej ilości wody (ok. 40 ml). Wyłączam ogień i mieszam mleko z podpuszczką delikatnie i dokładnie. Garnek przykrywam i zostawiam w spokoju na ok. 20 minut, aż utworzy się skrzep.
Gotowy skrzep koję w kostkę i odstawiam na 10 minut. Po tym czasie podgrzewam zawartość garnka tak do 42 stopni. Delikatnie mieszam skrzep i porcjami wyjmuję do na durszlak, żeby odciekł.
Serwatka, która zostanie w garnku będzie potrzebna, również to, co odcieknie z serka trzeba przelać do garnka, więc odcedzam ser na sicie, który stoi w misce.
Całą serwatkę podgrzewam mocno, tak ok. 80 stopni. Do gorącej serwatki przekładam zawartość durszlaka i chwilę czekam, aż masa serowa zacznie zmieniać konsystencję, zbije się i zrobi się ciągnąca.Na dłonie wkładam rękawiczki i ostrożnie wyjmuję przy pomocy łyżki cedzakowej ser. Trzeba uważać, bo wszystko jest gorące i bardzo łatwo o poparzenie. W dłoniach rozciągam masę serową i obserwuję jak zmienia coraz bardziej swoją strukturę. Gdyby ser nie chciał się rozciągać, trzeba włożyć go jeszcze do gorącej serwatki i proces rozciągania powtarzać, aż masa będzie lśniąca i gładka. Formuje kulki mozzarelli.
Możemy robić większe i mniejsze kuleczki. Można nadawać im przeróżne kształty.
Gotowy serek zalewam zimną serwatką i przechowuję w lodówce, w zamkniętym pojemniku kilka dni, albo zużywam od razu.
Smacznego życzę!
Dziś będzie mozzarella. Domowa smakuje o niebo lepiej niż kupna, według mnie ma też lepszą fakturę i strukturę. Topi się doskonale, dlatego też często dodaję ją np. do pizzy.
Muszę przyznać, iż dopiero kiedy posmakowałam własnoręcznej roboty mozzarelli dowiedziałam się, że ten ser ma smak!
Zapraszam na przepis i do zrobienia domowej mozzarelli, jeśli ktoś jeszcze nie próbował :)
Po sieci krąży pełno przepisów na ten ser, są też filmiki, na których można podejrzeć co i jak.
Składniki:
- 3 litry świeżego mleka (najlepsze od krowy, ja akurat teraz nie miałam więc kupiłam mleko pasteryzowane w niskiej temperaturze, bo też się nadaje)
- podpuszczka (jej ilość na litr dawkujemy według wskazań producenta)
- 1 łyżeczka kwasku cytrynowego
- termometr kuchenny do kontrolowania temperatury
- durszlak, miska na serwatkę i jednorazowe rękawiczki
Mleko wlewam do garnka, kwasek rozpuszczam w niewielkiej ilości zimnej wody (ok. 40 ml), i dodaję do zimnego mleka. mieszam dokładnie. Całość podgrzewam do 32 stopni i dodaję podpuszczkę również rozpuszczoną w niewielkiej ilości wody (ok. 40 ml). Wyłączam ogień i mieszam mleko z podpuszczką delikatnie i dokładnie. Garnek przykrywam i zostawiam w spokoju na ok. 20 minut, aż utworzy się skrzep.
Gotowy skrzep koję w kostkę i odstawiam na 10 minut. Po tym czasie podgrzewam zawartość garnka tak do 42 stopni. Delikatnie mieszam skrzep i porcjami wyjmuję do na durszlak, żeby odciekł.
Serwatka, która zostanie w garnku będzie potrzebna, również to, co odcieknie z serka trzeba przelać do garnka, więc odcedzam ser na sicie, który stoi w misce.
Całą serwatkę podgrzewam mocno, tak ok. 80 stopni. Do gorącej serwatki przekładam zawartość durszlaka i chwilę czekam, aż masa serowa zacznie zmieniać konsystencję, zbije się i zrobi się ciągnąca.Na dłonie wkładam rękawiczki i ostrożnie wyjmuję przy pomocy łyżki cedzakowej ser. Trzeba uważać, bo wszystko jest gorące i bardzo łatwo o poparzenie. W dłoniach rozciągam masę serową i obserwuję jak zmienia coraz bardziej swoją strukturę. Gdyby ser nie chciał się rozciągać, trzeba włożyć go jeszcze do gorącej serwatki i proces rozciągania powtarzać, aż masa będzie lśniąca i gładka. Formuje kulki mozzarelli.
Możemy robić większe i mniejsze kuleczki. Można nadawać im przeróżne kształty.
Gotowy serek zalewam zimną serwatką i przechowuję w lodówce, w zamkniętym pojemniku kilka dni, albo zużywam od razu.
Smacznego życzę!
Udanego i smacznego dnia :)
Etykiety:
dodatki,
domowe serowarstwo,
mozzarella,
nabiał,
ser
czwartek, 19 czerwca 2014
Cukier różany.
Bajecznie prosty w wykonaniu ale za to jak efektowny! Dla mnie to przede wszystkim taki retro akcent w kuchni, co jeszcze mocniej łechce mnie do jego wykonania.
Cukier różany, bo o nim mowa, służy mi jako dodatek do herbaty, jako element dekoracji do słodkości małych i dużych, aromatyzuje desery i przede wszystkim zachwyca oczy i zmysł powonienia :)
I jak wspomniałam wykonanie banalne, więc jeśli ktoś ma chęć, dostęp do płatków róż i chwilę czasu, to niech łapie się za wykonanie tego wspaniałego dodatku.
Składniki:
- 0,5 kg cukru kryształu
- 2 garście płatków róż
Zebrane, jędrne i dorodne, płatki róż trzeba oczyścić, czyli pozbawić ich tych białych części u nasady. Ja swoje zbieram w takim miejscu, że nie są narażone na zanieczyszczenia, więc po oczyszczeniu mogę je wrzucić do makutry i ucierać na drobno, na prawdę im drobniej tym lepiej. Do roztartych porządnie róż wsypuje cukier i delikatnie staram się wmieszać go w kwiatową masę. Nie ucieram już tego cukru, nie chcę, aby mi się rozpadł, mieszam silikonową łopatką tak długo, aż cukier zmieni barwę, a różana masa przestanie być zbita.
Są różne szkoły robienia cukru różanego. Wiem, że niektórzy suszą osobną płatki, potem je rozcierają i dopiero dodają cukier. Ja wolę jednak tą metodę.
Połączone kwiaty i cukier wysypuję na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i suszę. Warstwa ma być cienka. Ja swoje suszyłam na dworze, bo akurat było bardzo ciepło, nie wystawiałam jednak blaszki na słońce, tylko w półcień. Kilka razy tą mieszankę trzeba przeruszać, bo będzie się zbrylać. Nic dziwnego, utarte płatki są mokre :)
Gotowy, suchy dodatek przesypuję do słoiczka i używam, kiedy zajdzie potrzeba.
Cukier różany, bo o nim mowa, służy mi jako dodatek do herbaty, jako element dekoracji do słodkości małych i dużych, aromatyzuje desery i przede wszystkim zachwyca oczy i zmysł powonienia :)
I jak wspomniałam wykonanie banalne, więc jeśli ktoś ma chęć, dostęp do płatków róż i chwilę czasu, to niech łapie się za wykonanie tego wspaniałego dodatku.
Składniki:
- 0,5 kg cukru kryształu
- 2 garście płatków róż
Zebrane, jędrne i dorodne, płatki róż trzeba oczyścić, czyli pozbawić ich tych białych części u nasady. Ja swoje zbieram w takim miejscu, że nie są narażone na zanieczyszczenia, więc po oczyszczeniu mogę je wrzucić do makutry i ucierać na drobno, na prawdę im drobniej tym lepiej. Do roztartych porządnie róż wsypuje cukier i delikatnie staram się wmieszać go w kwiatową masę. Nie ucieram już tego cukru, nie chcę, aby mi się rozpadł, mieszam silikonową łopatką tak długo, aż cukier zmieni barwę, a różana masa przestanie być zbita.
Są różne szkoły robienia cukru różanego. Wiem, że niektórzy suszą osobną płatki, potem je rozcierają i dopiero dodają cukier. Ja wolę jednak tą metodę.
Połączone kwiaty i cukier wysypuję na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i suszę. Warstwa ma być cienka. Ja swoje suszyłam na dworze, bo akurat było bardzo ciepło, nie wystawiałam jednak blaszki na słońce, tylko w półcień. Kilka razy tą mieszankę trzeba przeruszać, bo będzie się zbrylać. Nic dziwnego, utarte płatki są mokre :)
Gotowy, suchy dodatek przesypuję do słoiczka i używam, kiedy zajdzie potrzeba.
Pozdrawiam na różano :)
Etykiety:
cukier różany,
dodatki,
domowe przyprawy,
małe co nieco
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Różane płatki ucierane z cukrem.
Ile to aromatu się dziś w mojej czarodziejkowej kuchni rozchodzi... Jak to pachnie, jak to kusi wszelkie zmysły! Pochylam się nad makutrą i wciąż chcę wdychać...
Nie sądziłam, że aż tak można przenieść aromat róż do domu. Przechodziłam dziś w ogrodzie koło nich tyle razy i nie powiem, że nie robiłam tego, co któryś przemarsz, nie celowo ;)
No i łechcą mnie i łechcą te ucierane z cukrem płatki róży :)
Polecam wypróbować każdemu!
Zapraszam!
Składniki:
- płatki róż - zrywane w miejscach, gdzie daleko im do drogi
- cukier (jego ilość jest zawsze dwa razy większa niż waga różanych płatków)
- sok z cytryny (daje na oko)
Zrywam płatki z dojrzałych i pięknie rozkwitniętych róż, mają być jednak jędrne, zdrowe i nie pokryte rosą. Można ja opłukać, ale ja to są róże rosnące w zaciszu, z dala od zgiełku i techniki, nie jest to warunek konieczny. Ja dodatkowo jeszcze pozbawiam je ręcznie tych białych końcówek, dla pewności, że nie będą gorzkie.
Partiami wrzucam róże do makutry, dodaję cukier i ucieram, aż masa stanie się w miarę gładka i płynna. Na koniec dodaję sok z cytryny i jeszcze chwilę ucieram.
I to całe zamieszanie :)
Masę różaną przekładam do wyparzonych słoiczków i odstawiam w chłodne zacienione miejsce.
Nie sądziłam, że aż tak można przenieść aromat róż do domu. Przechodziłam dziś w ogrodzie koło nich tyle razy i nie powiem, że nie robiłam tego, co któryś przemarsz, nie celowo ;)
No i łechcą mnie i łechcą te ucierane z cukrem płatki róży :)
Polecam wypróbować każdemu!
Zapraszam!
Składniki:
- płatki róż - zrywane w miejscach, gdzie daleko im do drogi
- cukier (jego ilość jest zawsze dwa razy większa niż waga różanych płatków)
- sok z cytryny (daje na oko)
Zrywam płatki z dojrzałych i pięknie rozkwitniętych róż, mają być jednak jędrne, zdrowe i nie pokryte rosą. Można ja opłukać, ale ja to są róże rosnące w zaciszu, z dala od zgiełku i techniki, nie jest to warunek konieczny. Ja dodatkowo jeszcze pozbawiam je ręcznie tych białych końcówek, dla pewności, że nie będą gorzkie.
Partiami wrzucam róże do makutry, dodaję cukier i ucieram, aż masa stanie się w miarę gładka i płynna. Na koniec dodaję sok z cytryny i jeszcze chwilę ucieram.
I to całe zamieszanie :)
Masę różaną przekładam do wyparzonych słoiczków i odstawiam w chłodne zacienione miejsce.
Pozdrawiam dziś wszystkich w różanym nastroju :*
Subskrybuj:
Posty (Atom)















